sobota, 16 marca 2013

Stan Radhy i niedostosowanie do życia

Stan Radhy i niedostosowanie do życia

Dwa dni temu, w czwartek, miałem interesującą wizję. Zobaczyłem, że mam osmoloną dłoń a w niej kadzidło dopalające się do samych palców. Jeszcze dymiło, ale w wizji nie zwracałem na to uwagi jakbym nie czuł bólu... i wizja zniknęła. Kiedyś, za czasów Kryszny, Radha w swej kuchni nieuważnie włożyła rękę do ognia i nic nie czuła, choć skóra się paliła. Ktoś szybko jej pomógł i odciągnął od ognia. Rada się zwierzyła, że myślami była z Kryszną. Od tego momentu nazywa się to stan Radhy. Jest to stan bycia w świecie, ale świat nie ma dostępu do wnętrza osoby. Wewnątrz jest tylko nieustająca adoracja Boga i sam Bóg. To najwyższy stan jogina, samadhi w ruchu.

W piątek miałem załatwiać sprawy związane z pracą i zasiłkiem. Miałem to na uwadze już od poniedziałku, gdyż od paru dni, od piątku zeszłego tygodnia nie mam pracy. Tak już jest w Anglii kiedy się jest pracownikiem agencyjnym. Zarejestrowałem się na bezrobotne i już w poniedziałek wyznaczono mi termin rejestracji i zaraz w nadchodzący piątek miałem w urzędzie pracy być ponownie i w we wtorek, nie, w środę, nie, w czwartek miałem tę wizję... Kiedy to więc było?... Co takiego miałem załatwić?

Rzecz w tym, że jak mam wolne to więcej praktykuję a za dużo wolnego to jeszcze więcej praktykuję, w zasadzie to nieustannie i coraz głębiej jestem z Bogiem, w Boskiej rzeczywistości. Wszystko staje się Bogiem a doczesność umyka, gdzieś w oddali coś się niby dzieje, a mnie interesuje tylko czy na prawdę widzę Boga, czy całkowicie w 100% Boga poszukuję, czy Bogu sprawiam radość każdym gestem, każdą myślą i uczuciem, każdym oddechem... i w ciąż płaczę, jak mam się stać samą słodką Amritą dla Boga, że wciąż jestem a nie sam Bóg, moja bezsilność w ofiarowaniu się Bogu to jedyny problem który spędza mi sen z powiek... i tak coraz bardziej zapadam się w Boga a ja coraz bardziej znikam dla doczesności świata...

Czas się rozpłynął i niemal zatrzymał, dla mnie wciąż było gdzieś pomiędzy wtorkiem a nadchodzącą środą. A tu ta wizja i powiedziałem do siebie: „po co mi ten obraz, nie chcę tego”. Nie interesują mnie wizje, bo odciągają mnie od kontemplacji Boga. W medytacji jak przychodzą wizje to otwieram oczy by je przerwać (nie chodzi tu o obrazy senne, ale wizje innych wymiarów rzeczywistości). Jedynie wprost wizja umiłowanej Boskiej formy jest mi droga, resztę nazywam skalaniem buddhi (wyższy umysł zdolny do funkcjonowania w wyższych wymiarach). Tym bardziej nie interesują mnie żadne chanellingi i przekazy z innych wymiarów - to już na prawdę ciężkie skalania dla prawdziwej sadhany (duchowej praktyki). Tylko postrzeganie Prawdziwej Natury Rzeczywistości mnie zajmuje.

Aż tu nagle przychodzi Ania i pyta, czy nie miałem czegoś załatwić w piątek w urzędzie. Ja na to że tak, i jutro na pewno to załatwię (już udało mi się skorygować wewnętrzną datę na czwartek, co uważałem za sukces ocknięcia się, bo sprawy ważne czekają). Na to Ania, ale piątek jest dziś! Szok i zrozumiałem wizję. Śakti delikatnie dała mi do zrozumienia co się ze mną dzieje. Do urzędu się mocno spóźniłem, ale sprawy załatwiłem.

Przez miasto szedłem jakbym się na nowo narodził, wszystko nowe, wszystko tak czyste, boskie. Bogiem patrzyłem, Bogiem oddychałem, Bogiem się cieszyłem i śmiałem... i trochę głupio czułem się depcząc po Bogu. Jednakże ta myśl szybko gdzieś uleciała, tylko rajska ulica samochodów pozostała, trawniki, domy i cudnego nieba bogata sceneria...

Siakti nie raz mi mówi: „Nic ci się nie może stać, Ja się tobą opiekuję”. Miłość w tej deklaracji rozpuszcza mnie dosłownie od wewnątrz. Kiedy ja skupiam wszystkie swe myśli na Bogu, Bóg czyni to samo. Śakti powtarza zawsze i mocno to podkreśla: „W całym wszechświecie jesteśmy tylko My dwoje. Nikogo więcej nie ma”. Innym razem mi mówi: „widzę tylko ciebie”. Słodka brahmarandra - znaczy to bycie tylko z Bogiem i posiadanie Boga tylko dla siebie. Słodki taniec, słodka rasalila. To jest Boska odpowiedź na fakt, że dla mnie w całym wszechświecie istnieje tylko Bóg. Niczego innego nie chcę jak tylko radości Boga, kiedy patrzy na mnie i moje życie, bo tylko to Bogu mogę ofiarować, czyli siebie i swe przejawianie, życie.

Niemniej Bóg nie załatwi doczesnych obowiązków za mnie. Może mnie tylko mi o nich przypomnieć wprost, jak wizja z osmoloną ręką, lub pośrednio przez innych, a potem przez te obowiązki poprowadzić. I tu moja wdzięczność dla Ani, gdyż trzyma mnie w kontakcie z doczesnością, bo czy mogę powiedzieć, że potrafię żyć w tej doczesności? Ne mnie pytajcie o to ale moją żonę ;) Ten świat Kali Jugi jest tak mi obcy, jak rybie wspinaczka na Giewont!

W urzędzie z tą samą sprawą oprócz innych były jeszcze pewne dwie osoby, mocno poddenerwowane, bo jedna czekała od rana, druga od południa. Ja przyszedłem, trochę czekania i szybko mnie wezwano i obsłużono. Teoretycznie powinienem czekać na lukę czasową, bo byłem poza terminem o kilka godzin, a już na pewno być obsłużony w ostatniej kolejności. Bóg prowadzi mnie i pomaga na każdym niemal kroku a ten to był tylko maleńki przykład.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.